Media o nas

Paweł Bień

Atena ze wzgórza Partyzantów

            Zdobywając szczyt góry, zbliżamy się do bóstwa – wierzono od czasów prehistorycznych.  Symbolika góry pozostaje czytelna w wielu kręgach kulturowych – bogowie antyczni rezydowali na Parnasie, męka Chrystusa dopełniła się na Górze Czaszki, a dolnośląska Ślęża byłą ośrodkiem słowiańskich kultów religijnych. Jednak wzniesienie terenu było związane niewyłącznie z kultami i wierzeniami, ale także – z urbanistyką.

Przypomnijmy chociażby Rzym – powstał na siedmiu legendarnych wzgórzach, pełniących jakże istotną rolę w dziejach Wiecznego Miasta. Jelenią Górę także oplata wianek wzniesień, zagospodarowywanych od średniowiecza począwszy na najrozmaitsze sposoby, by wspomnieć  zamek, zniszczony następnie przez butnych mieszczan w XV wieku, inne znów wzgórze stało się miejskim parkiem z kawiarnią o pięknym tarasie (obecne Wzgórze Kościuszki), kolejne ozdobiono na początku ubiegłego stulecia wieżą widokową (zwaną od kształtu hełmu „Grzybkiem”), a na jeszcze innym, znanym dziś jako Partyzantów –ufundowano szkołę.

            Gmach „Żeroma” – o nim bowiem mowa –  jest frapujący i to przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze – w skali miasta zdecydowanie wyróżnia się piramidalną kubaturą, po wtóre zaś – formą architektoniczną, w której znać recepcję europejskich nowinek technologicznych i estetycznych, stopionych harmonijnie z tradycją etosu nauki.

            Prace budowlane zakończono w 1913 roku o czym zawiadamia plakieta umieszczona w elewacji tuż nad reliefem wyobrażającym Atenę, sprawującą boską pieczę nad mądrością, sztuką i wojną sprawiedliwą. Nie jest to bynajmniej jedyne nawiązanie do antyku greckiego – przekroczywszy próg, wchodzimy do hallu zdobionego przez doryckie kolumny, pozbawione – w myśl starożytnych reguł – baz, z prostymi kapitelami; a wszystko to w przysadzistych, „męskich”, jak twierdził Owidiusz, proporcjach. Czyli: solidność, rzetelność i prostolinijność przychodzące w sukurs cnotom uosabianym przez Atenę. Co ciekawe, jeszcze u progu XX stulecia, wznosząc na naszym terenie szkoły, niemal bez wyjątku decydowano się na kostium neogotycki, który – jak wierzył wrocławski niezmordowany autor niezliczonych obiektów edukacyjnych Richard Plüddemann – był stylem najskuteczniej wpajającym nienaganną mieszczańską moralność oraz pobożności. Tu stało się inaczej.

Nie należy jednak poprzestać na stwierdzeniu obecności antycznych cytatów; podkreślić należy, że kolumny hallu – podobnie jak ich odpowiedniki na klatce schodowej – wykonane zostały nie z klasycznego marmuru czy XIX-wiecznego stiuku, a z betonu. I to właśnie śmiałe zastosowanie tego materiału pozwoliło na budowę wysokiej na dwie kondygnacje sali gimnastycznej, otoczonej z dwóch stron balkonem dla widowni, w którym znać jeszcze echa późnej secesji. Zaś bezpośrednio nad nią – jeszcze wyższej i odpowiednio bardziej reprezentacyjnej auli, która w Jeleniej Górze nie ma sobie równych. To także signum temporis – początek XX stulecia, to wszakże czas szalonej popularności gimnastyki i olśnienia higieną, co nieobce było już Juwenalisowi, notującemu: mens sana in corpore sano. W zdrowym ciele, zdrowy duch.

Za przejaw postępowego myślenia, poczytywać można trójskrzydłowe założenie budynku –  front od stronu placyku i wylotu ulicy Kochanowskiego zajęły sale lekcyjne, zaś gabinety dyrekcji – z zachowanym do dziś piecem kaflowym – zaznaczono w bryle niewielkimi wykuszami, które zawsze odczytywane były jako akcent „mieszczański”. W bocznym skrzydle zaplanowano, wspomnianą już, salę gimnastyczną i aulę, której dodatkową, ewakuacyjną klatkę schodową pomieszczono w wieżyczce, urozmaicając tym samym bryłę. Trzecie skrzydło to sale dydaktyczne, laboratoryjne oraz trakt pomieszczeń ekspozycyjnych, gdzie w oryginalnych gablotach z przedednia I Wojny Światowej, do dziś dryfują mózgi w formalinie czy inne biologiczne precjoza.

Bryłę wieńczy sygnaturka, dumnie górująca nad miastem, zakończona chorągiewką z datą ukończenia budowy. Lekkość jej formy kontrastuje z monumentalnym, chciałoby się rzec – greckim w swoich wyrazowym charakterze frontem, rytmizowanym rzędami lizen rozdzielających innowacyjne płaszczyzny okien od strony placu przy Bogusławskiego. Warto w tym momencie spojrzeć na gmach szkoły, widząc go w perspektywie początku urbanizacji terenów w okolicach dworca głównego, jako kompozycyjną dominantę nowo powstającego osiedla, a także efektowne zamknięcie widokowe obecnej ulicy Kochanowskiego.

Okna auli wypełniono witrażami o wartościach raczej ornamentalnych niż symbolicznych, choć i tu, wśród zgeometryzowanych na modłę Wiener Werkstätte wici roślinnych i arabesek, odszukać można sowy – atrybut Ateny. Kwatery okien doświetlających balkon  wyobrażają  emblematy rozmaitych gałęzi nauk, jak chociażby geometrii. O wiele ciekawsze są jednak malowane pola u szczytu sklepienia, gdzie w ośmiokątnych płycinach wymalowano alegorie anatomii, w postaci kobiety z ręką na czaszce, czy przemysłu – gdzie osjaniczna kobieta trzyma koło zębate. Jak zatem widać, pamiętając o chlubnej spuściźnie antyku, nie stracono z pola widzenia najnowszych dokonań ludzkości. Szkoła służyć miała przecież przyszłości.

Pierwszym – i niemal do końca II Wojny Światowej jedynym –  włodarzem gmachu była Oberrealschule, czyli Średnia Szkoła Realna, a już w sierpniu 1945 roku ogłoszono początek naboru na rok szkolny 1945-1946, prędko organizując polskie życie w mieście.

Wnętrza wielokrotnie przekształcano, choć nie zatarto ich pierwotnego układu ani przeznaczenia. Największą ingerencją była powojenna wymiana posadzek oraz obicie ścian świerkową boazerią, co pozostało hitem designu lat siedemdziesiątych, a dziś przyprawia o pobłażliwy uśmiech. Największym jednak cymesem szkolnych wnętrz był bezsprzecznie  obraz Maxa Wislicenusa, cenionego artysty wrocławskiego – notabene męża wybitnej projektantki tkanin polskiego pochodzenia – Wandy Bibrowicz. Płótno monumentalnych rozmiarów wyobrażało Śnieżkę w zimowej szacie z umieszczonymi  na pierwszym planie wędrowcami, których zdeformowane niskim słońcem plamy cieni znajdowały swoje echo w pochylonych sylwetach świerków uginających się pod śniegiem. Obraz stanowił część cyklu Cztery Pory Roku, eksponowanego przed wojną w jeleniogórskim muzeum. Parę lat temu, dzieło – staraniem dyrekcji – powróciło do Muzeum Karkonoskiego, szkole zaś podarowano kopię. W jakich okolicznościach płótno Wislicenusa trafiło do gmachu w trakcie wojny – pozostaje nierozwikłaną zagadką. Równie tajemnicze są losy pozostałych części cyklu autora słynnego portretu Paderewskiego.

Budynek jest znakomitym przykładem korespondencji formy architektonicznej z ideą kształcenia w  duchu ideałów starogreckich, spajających ateński kult mądrości ze spartańską dbałością o ciało, w którym „zdrowy duch” mieszka. Cokolwiek androgeniczna Atena z fasady opiera się zadumana o włócznię, pełna cichej nostalgii niczym Fidiaszowa Lemnia. Rok po ukończeniu tej płaskorzeźby wszakże, zamiast szkolnego dzwonka, najstarsi uczniowie usłyszeli pierwsze strzały i nikt nie pytał, na ile to wojna – po ateńsku – sprawiedliwa.